Mad Max: Fury Road [recenzja]

BuzzFeed
Gdzie znalazło się kino fantastyczne, skoro mam banana na pysku na samą zapowiedź filmu autorskiego? Wydawałoby się, że sf/fantasy jest gatunkiem, który jak żaden inny pozwala wykorzystać odważnych reżyserów, którzy popychają kino na nowe tory dzięki niebanalnym historiom, nowatorskim rozwiązaniom technicznym lub dzięki (tak właśnie!) zignorowaniu pewnych elementów świata przedstawionego, co poza fantastyką byłoby niemożliwe.

To ostatnie dotyczy właśnie serii Mad Max George’a Millera, który stworzył na potrzeby czterech kolejnych filmów cztery niekonsekwentne i niezwiązane ze sobą światy oraz… czterech różnych Maxów. Pierwszy MM był prostą historią straty i zemsty w dystopijnym świecie, drugi MM prostą historią najemnika, który podejmuje się zadania po stracie majątku, trzeci był prostą historią najemnika, który podejmuje się zadania po stracie majątku (i drugiej opowieści, która powinna znaleźć się w oddzielnym filmie). Czwarty jest historią najemnika, który podejmuje się zadania (po stracie majątku), bo tak. Bo jest sympatyczny.

Świat ma mnóstwo dziur (nie tylko w drogach), mnóstwo nielogiczności, podobnie nielogiczni są bohaterowie, a fabuły banalne. I to świetnie zagrało, co szczególnie widać po chłodnym przyjęciu Mad Max Beyond Thunderdome, gdzie Miller próbował za dużo wyjaśniać i uzasadniać, spinać w logiczną całość.

Czym zatem są MM? Są uczciwą umową między twórcami i widzami: otwórzcie oczy, wyłącznie mózgi i dobrze się bawcie. Zrobiliśmy dla was film, który nam się spodobał.

Do recenzji.


MadMax: Fury Road jest prostą historią o ucieczce; prostym kinem drogi pełnym wybuchów, pościgów, akcji. I niczym więcej!, dlatego tak śmieszne są kontrowersje wokół feminizmu w filmie, ale też zachwyty nad przesłaniem, którym podobno jest odzyskiwanie człowieczeństwa. Jeżeli się takie przedostało, to założę się, że przez przypadek. Skąd ten pogląd? Proponuję obejrzeć film bez dialogów: Miller tak bardzo opowiada obrazem, że są one zbędne.

I to chyba urzekło mnie najbardziej. Po kostiumach od razu można poznać, kto należy do której strony konfliktu. Z gestykulacji i mimiki można odczytać zamiary, motywacje i emocje. Tych ostatnich nie brakuje i są bardzo przerysowane, co nie dziwi przy tym tempie.

A to jest szalone. Autor zrezygnował z ekspozycji, mimo że Max Rockatansky (narrator!) z czwartej odsłony jest zupełnie innym bohaterem. Przedstawienie głównego antagonisty, Immortana Joe (co to za imię dla nieśmiertelnego?), też jest szczątkowe. Motywacje Imperator Furiosy (protagonistka) pojawiają się z czasem, gdy film już pędzi na piątym biegu.

W każdej scenie tego naspidowanego przedstawienia widać, że wszyscy zaangażowani w produkcję świetnie się bawili, a reżyser nie kastrował ich potencjału, jak zrobił to Lucas w ostatnich trzech odsłonach Gwiezdnych Wojen. Widać włożone w film serca inżynierów odpowiedzialnych za zupełnie absurdalne pojazdy, kaskaderów, których mrowie, projektantów kostiumów, rekwizytów. Od bardzo dawna nie odniosłem takiego wrażenia, chyba od czasów Władcy Pierścieni Jacksona. To bardzo przygnębiające, że tak rzadko widać film wyprodukowany przez ludzi, którzy mogą przy nim realizować swoje pasje.

Co również cieszy, autorzy konsekwentnie przestrzegają umowy zawartej z widzem. Ma być kiczowato i absurdalnie? To będzie od pierwszej do ostatniej sceny. Podobały się pomysły naszych inżynierów? To dorzućmy jeszcze kilka, chociaż do końca filmu zostało może dziesięć minut. Przydałoby się wsparcie dla Joe? Do dorzućmy pościg z Oktanii (piękna nazwa!) i Bullet Farm. Przyda się wsparcie dla protagonistki, to też dołożymy. Dojechaliśmy do mety? No to drugie kółeczko. Zaraz, zaraz. A o co chodziło na początku? Eeee... zapomniałem. Jedziemy dalej!

Taka konwencja pozwala przymknąć oczy na niedociągnięcia. Brak ekspozycji powoduje, że bohaterowie muszą dopowiadać swoje motywacje, co w kinie tak nastawionym na warstwę wizualną byłoby niedopuszczalne, gdyby nie umowa między twórcą i widzem. Max ma jakąś winę do odkupienia, Furiosa ma jakąś przeszłość, którą musi po drodze doopowiedzieć. Pod tym względem antagoniści są bardziej spójni: Joe chce odzyskać swoje branki, Nux i pozostali warboys chcą trafić do Walhalli, a sojusznicy po prostu stają po stronie swojego kontrahenta.

Poza tym wszyscy w tym świecie są stuknięci. Twórcy też są stuknięci, skoro chciało im się robić film z potrzeby serca, nie tylko dla napchania kabzy producentom. Widzowie też, skoro im się podobało.
Trwa ładowanie komentarzy...