Kolejny polski Stephen King

Justyna Sobolewska na swoim blogu narzeka na promocję polskich pisarzy poprzez porównywanie ich do zagranicznych autorów bestsellerów. Cyt. „Gdybym wiedziała, że książkę Donny Tartt „Szczygieł” reklamuje się jako „Harry’ego Pottera dla dorosłych”, to bym po nią nie sięgnęła. No bo po co?”. Ha, właśnie w tym problem, że większość czytelników postępuje odwrotnie.

Justyna Sobolewska na swoim blogu narzeka na promocję polskich pisarzy poprzez porównywanie ich do zagranicznych autorów bestsellerów. Cyt. „Gdybym wiedziała, że książkę Donny Tartt „Szczygieł” reklamuje się jako „Harry’ego Pottera dla dorosłych”, to bym po nią nie sięgnęła. No bo po co?”

Ha, właśnie w tym problem, że większość postępuje odwrotnie.

Nie wygramy ze zjawiskiem lubienia tych piosenek, które już znamy, co marketingowcy odkryli dekady temu. Obecnie zjawisko przybrało karykaturalny rozmiar i to niekoniecznie w przypadku rynku książki.

Ale może najpierw przyczyny. Obecnie doba ma dwadzieścia cztery godziny, czyli jest krótsza niż jeszcze dwie dekady temu. Nie, to nie żart, bo na początku lat 90. XX w. mieliśmy dwa programy telewizyjne i garść obcojęzycznych z „z satelity”. Do tego dochodziły filmy VHS kupowane z pudeł, gry na komputery ośmio- i szesnastobitowe lub Pegasusa, trochę gazet i czasopism, a także zalew nadrabianej zagranicznej literatury popularnej. Jakoś doby starczało.

Czego nie było? Kablówki z dziesiątkami kanałów filmowych, informacyjnych, sportowych, popularnonaukowych, kreskówkowych, serialowych i dowolnych innych, bo każda nisza po chwili się zapełnia. Nie było internetu, a przynajmniej nie było go w obecnej postaci ze wszystkimi narzędziami prokrastynacji. Nie było usług mobilnych, portali społecznościowych, VOD, gier sieciowych, urosła też liczba copiątkowych premier w kinach itd. Doba jest dziś znacznie krótsza, bo czas trzeba rozdzielić na znacznie więcej mediów.

Dlatego zmienił się sposób przedstawiania odbiorcy sprzedawanych tytułów. Czytelnik/widz nie zwróci uwagi na plakat reklamujący powieść, skoro będzie to pięćdziesiąty widziany od wyjścia z domu, to samo dotyczy reklam w internetach. Chociaż, może zwrócić, jeżeli zobaczy wyrażenie, które przykuje jego uwagę, tzn. „Polski Stephen King” lub „Harry Potter dla dorosłych”. Prawda, że skuteczne?

I nie twierdzę, że takie podejście nie ma wad. Ma i to istotne, powodujące skrajanie oferty pod odbiorce na wzór algorytmów Google’a. Odbiorca dostanie to, co mu się gugla, a gugla mu się na podstawie własnego profilu wyszukiwania i odwiedzonych stron. To samo dzieje się w realu, szczególnie w kinie, gdzie praktycznie nie sposób znaleźć blockbustera, który nie jest kontynuacją, prequelem, rimejkiem, spinnofem czy adaptacją powieści, komiksu, gry, kreskówki lub… zabawki. Sam tytuł nie musi mieć wiele wspólnego z oryginałem, czego dowodem jest stary już przecież „Kosiarz umysłów”, który podobno jest adaptacją utworu S. Kinga, choć w rzeczywistości wcale nie. Ale jest znany autor i znany tytuł – można je wrzucić na plakat i przykuć uwagę odbiorcy.

Z rynkiem książkowym jest trudniej, ale też się da. Po sukcesie „Zmierzchu” marna literatura wampiryczna dla YA zajęła w najbliższej czytelni cały regał; po sukcesie „50 twarzy Greya” nastąpił wysyp erotyków kobiecych. I wszystkie są reklamowane jako „nowe 50 twarzy” lub czasem „polska odpowiedź na 50 twarzy” i nie ma to nic wspólnego z kompleksami, bo z powodu sukcesu pierwowzoru (który jest zrypany ze „Zmierzchu”, o temporas) wszystkie te utwory wydawcy wygrzebali z zakurzonych szuflad, podobnie autorzy siedli do klawiatur z zamiarem napisania czegoś w rodzaju „50 twarzy”, bo to się sprzeda.

Nasila się również „otwieranie światów” innym autorom, co zapoczątkował Głuchowski z uni „Metro 2033”, do której to serii wkrótce dołączył świat „STALKERa” (powstały na podstawie gry powstałej na podstawie powieści Strugackich). Czemu? Bo to się sprzedaje!

Dochodzi jeszcze jeden czynnik, czyli budżety polskich wydawnictw na promocję. Są skąpe, wiem z pierwszej ręki. A klientów też nie ma zbyt wielu, bo przecież nie czytamy, za to nadrabiamy podażą. Co może zatem zrobić wydawca, który na promocję powieści małorozpoznawalnego autora ma naście tysięcy? Wykorzystać porównanie do pisarza znanego, w którego reklamę wydano na świecie tysiące razy więcej. I nie ma to nic wspólnego z kompleksami. Książka to produkt, który ma się sprzedać. Inny pogląd jest, proszę o wybaczenie, frajerstwem.
Trwa ładowanie komentarzy...