O autorze
Od lat słyszę, że fantastyka jest o człowieku współczesnym, o jego problemach i stojących przed nim wyzwaniach. Groza chyba nawet bardziej. A bizarro to już w ogóle. O człowieku współczesnym z punktu widzenia grozaika.

Jak niewiele może twórca?

Ostatnio internety wygrywały dwa butthurty. Najpierw dostało się Whedonowi za rape joke Tonka Starka w nowych Avengers. Teraz CD Projekt Red zbiera baty za seksizm i nieobecność mniejszości rasowych. Może wyjaśnię toczącym pianę odbiorcom, czego nie zrozumieli.

Tworzenie światów, bohaterów i fabuł fikcyjnych jest kłamaniem. Potwierdzają to nawet badania rezonansem magnetycznym, że doświadczeni pisarze nie tyle zmyślają, co kłamią. Kłamstwo jest dobre wówczas, gdy „kupuje się” je intuicyjnie, tzn. jest zgodne z wyobrażeniem okłamywanego o świecie, jest przyjmowane naturalnie: tak, to najbardziej prawdopodobna wersja wydarzeń przy takich i takich założeniach.

Same założenia mogą być umowne. Mało kto uwierzy, że samochód ożywa i jest zazdrosny, że świat jest płaski i spoczywa na grzbiecie żółwia, że dawno temu w odległej galaktyce istniała planeta w całości pokryta miastem. Ale z przymusu odbiorca założenia te przyjmuje na wiarę. I tylko to! Całą reszta musi być logicznym ciągiem przyczynowo skutkowym, tym lepszym, im łatwiej intuicyjnie uznać, że zdarzenia są prawdopodobne, a bohaterowie postąpili w sposób naturalny z punktu widzenia ich konstrukcji.

Dlatego właśnie tak drażnią rozwiązania fabularne deus ex machina (samosiędzianie), dlatego niewiarygodnie wypadają bohaterowie, którzy najpierw radzą zachować cierpliwość, a potem skaczą przez okno (Qui-Gon Jinn). Dlatego wyprowadza z równowagi wyciąganie z szuflady jakiegoś artefaktu, który pojawił się w niej dlatego, że autor utknął z historią. Każdy pewnie zna przysłowie z wiszącą strzelbą, która wystrzeli w trzecim akcie. To właśnie uwiarygodnianie fabuły.

I to wszystko jest jeszcze łatwe i przyjemne, gdy świat jest autorski, gdy autorscy są bohaterowie. W przypadku tych drugich sprawa też nie jest już tak prosta, bo przecież przeżyli już jakiś czas w określonym świecie, co ich ukształtowało. Czyli swoboda twórcy już jest ograniczona. Dalej jest dopiero fabuła, która musi uwzględniać świat i bohaterów ukształtowanych w tym świecie. To wszystko musi być wiarygodne – przypominam. Bohater postąpi w zderzeniu z konfliktem nie tak, jak sobie to wymyśli autor, ale tak, jak będą tego wymagać zasady dobrego kłamstwa, czyli wiarygodnie. Nie wierzycie autorom, którzy mówią, że nie wiedzieli, w jaki sposób powieść się skończy? To uwierzcie. Wielu w ogóle nie zastanawia się nad zakończeniem, tylko ustala warunki początkowe, tworzy bohatera i stawia go na scenie. A później tylko obserwuje, co stanie się dalej.

Ale do Avengersów i Wieśka. Twórcy dostali gotowy świat z gotowymi bohaterami. W obu przypadkach bardzo rozbudowane i bardzo bogate, oparte o określone założenia, które odbiorcy znają i lubią. Co mogą zrobić? Bardzo niewiele. Wiem, bo sam niedawno pisałem opowiadanie do świata Wolsunga i stwierdzam, że praca przy fanfiku jest drogą przez mękę, sprawdzaniem na każdym kroku, co mi wolno, pytaniem twórców świata, konsultowaniem i wycinaniem całkiem już rozbudowanych fragmentów, bo są niezgodne z jednym akapitem oryginalnego opisu, który przegapiłem przy pierwszym i drugim czytaniu. A ja jeszcze miałem łatwo, bo musiałem tylko uwzględnić świat. Bohaterowie byli moi, fabułę wywaliłem w region najmniej dokładnie opisany, gdzie mogłem zaczerpnąć więcej powietrza. Nie zazdroszę twórcom Avengersów i Wieśka. Szczerze. Pole, na którym mogli manewrować było tak małe, że trudno w ogóle w takich warunkach coś wycisnąć. A dochodzą głosy, że się udało i to dużo. Tak, Tony Stark rzucił rape joke, tak, świat Wiedźmina jest seksistowski. A najlepsze, że autorzy obu utworów mogą krytykom tylko odpowiedzieć – a co mogliśmy zrobić?

Otóż nic nie mogli.

Krytycy, zbłaźniliście się. Przyczepcie się lepiej do nowych startreków, które kłamią źle.
Trwa ładowanie komentarzy...