Smoleńsk 2015

Wpis dyżurny smoleński rocznicowy, bo lata mijają, a nic się nie zmienia. Mam nadzieję, że niedługo się zdeaktualizuje.

Przygotowano już parkiet. Chodnik pod kopytami książęcego konia, górującego z cokołu przed Pałacem Prezydenckim, zaścieliła mozaika różnokolorowego drewna. Gdzieniegdzie migały w świetle słońca okucia, główki śrub, uchwyty i metalowe krzyże. Dla wyrównania powierzchni pomiędzy trumny wciśnięto wieńce i pojedyncze kwiaty, całkiem już zwiędłe i zeschnięte po tylu latach.

Pojawiła się orkiestra, przybywali pierwsi goście, zarówno zaproszeni, jak i pchający się na krzywy ryj, gromadzili się gapie. Nieopodal parkowały coraz to kolejne wozy transmisyjne. Tłum gęstniał. Gdy orkiestra zagrała pierwsze takty skocznego oberka, Krakowskie Przedmieście nie mogło już przyjąć kolejnych chętnych do zabawy. Ubrani w drogie garnitury panowie prosili odziane w szykowne suknie lub schludne żakiety panie i ruszali w tan. Wirowali szaleńczo, coraz szybciej, jakby nie mogli nacieszyć się atmosferą, nasycić gorączką. Obraz przed ich oczami rozmywał się, barwy zlewały się w szarą plamę. Porwani przez muzykę tupali w takt, aż pod obcasami pękały wieka i szpilki więzły w czaszkach lub między żebrami. Niektórzy klaskali, wznosząc ręce wysoko ponad głowę. Ktoś podrzucił czapkę, jeszcze inny tancerz zapalił pochodnię.

– Gdzie jest krzyż?! – krzyknął w amoku jeden z tańczących. Tłum momentalnie podchwycił hasło i powtórzył trzykrotnie.

– Gdzie jest krzyż? Gdzie jest krzyż? Gdzie jest krzyż?

Wirujący w oberku roześmiali się uradowani taką reakcją.

– To był zamach! – krzyknął inny.

– To był zamach! To był zamach! To był zamach! – krzyczeli gapie, wznosząc pięści.

A taniec trwał. Lista zaproszonych była długa, dołączali spóźnialscy, na parkiecie zaczynało być naprawdę ciasno. Dyrygent dostrzegł to i kazał orkiestrze przerwać w środku taktu. Zapadła niezręczna cisza, ale tylko na chwilę. Po kilku sekundach rozbrzmiał spokojny i dostojny polonez. Poobijani łokciami, skopani i podeptani tancerze odetchnęli. Widać nie przywykli do żwawego tempa oberka. Ustawili się bokiem w pary i dostojnie, jak na studniówce, ruszyli w chodzonego. Wreszcie mieli czas podzielić się spostrzeżeniami z partnerkami i partnerami, z parami przed sobą i za plecami. Poruszali różne tematy.

– Dwa miliardy na niepełnosprawnych! Stać nas – krzyczał w euforii jeden z tańczących.

– No nie wiem, kochanie – odpowiedziała partnerka. – Nie martwisz się o dziurę?

– Martwię, duszko. Nie wdepnij, bo się o blachę spomiędzy kości wystającą skaleczysz. – Po czym pocałował ją namiętnie.

– Przedstawimy nowe dowody. To był zamach! – Inny mężczyzna podniecony wirował samotnie, zupełnie nie zwracając uwagi na tempo i takt.

– Zalegalizować, palić, abortować! – krzyczał kolejny. – Wyrzucić religię z kościołów.

– A może byś tak wsparł Ukrainę? Teraz, gdy krew spływa ulicami.

– Krew spłynęła w Smoleńsku. Smoleńska nie przebaczymy – zaprotestowała wspólnie para tancerzy. – Ruski gaz do gazu, zabrać bandery banderowcom. Nie będzie Putin pluł nam w twarz.

– Nie będzie – przytaknął następny tancerz, zatrzymujący wszystkich, bo stopa utknęła mu między trumnami. – I oddajmy Polakom emerytury. Niech mają, skoro chcą. Niech wszystko mają.

– Tylko trzeba podnieść akcyzę. Bez akcyzy nie oddamy, bo nie mamy jak zabrać.

– Ty to jednak złodziej jesteś.

– A ty łobuz.

– A ty szmata.

– A ty cham.

– A ty pijak.

– A ty kurew.

– A ty zdrajca i pachołek Michnika.

Gapie, klaszcząc w dłonie, obserwowali taniec. Od początku oberka minął kwadrans. Większość trumien rozpadła się, dlatego tancerze deptali teraz wysuszone zwłoki odziane w resztki ubrań. Ktoś kopnął czaszkę, która potoczyła się w tłum, ktoś inny wyrzucił czubkiem buta goleń. Pękały żebra, kości udowe, miednice.

Pląsali również gapie. Nie słyszeli muzyki, zaledwie pojedyncze nuty, dlatego podśpiewywali pod nosem.

– Katastrofa, katastrofa smoleńska, oto rządu Tuska klęska…

Kawałek dalej zebrała się grupa pogującej młodzieży.

–Gdzie jest krzyż? Gdzie jest krzyż? Pedofila w kiecce zniszcz! – warczeli growlem.

Pomiędzy nimi przeciskał się reporter ze słuchawką w uchu, wiszącą na połatanym taśmą kablu, z mikrofonem z wgniecionym sitem i obtłuczoną kostką.

– Pan nie tańczysz? – zaczepiła go dziewczyna z warkoczem, zalotnie kręcąc piersiami.

– Nie tańczę do ich muzyki – odpowiedział.

– Czyjej ich? – Nie rozumiała.

– Ich wszystkich. Wszyscy niby tak się nie cierpią. Tak się obrzucają, a tak naprawdę spijają sobie z dzióbków. Ssą sobie pały, aż im się policzki wydymają.

– To bardzo ciekawe. – Dziewczyna starała się podtrzymać rozmowę. Chciała chwycić przeciskającego się dalej mężczyznę, ale bała się, że uszkodzi tipsy.

– Nie, proszę pani – odpowiedział na odchodne. – Nie po tylu latach. – Wyrwał się i zniknął w tłumie.

Zmęczona orkiestra miała chwilę przerwy. Dwóch gości pobiło się całkiem jawnie i nie na żarty. Chwycili się za ubrania i po nieudolnych próbach wymiany ciosów padli w stos szczątków drewnianych i ludzkich. Tarzali się ku uciesze zebranych w krąg tancerzy.

– Nic dobrego z tego nie będzie. Myślę, że najwyższy czas na zmianę – zaproponowała jedna z pań znudzona walką.

– Ale kogo i na kogo? – ktoś z zaproszonych podchwycił temat.

– Nie kogo, ale czego. Potrzebna zmiana, reforma, cokolwiek. Wiecie, co oni, tam na dole – wskazała tłum – co oni sobie o nas myślą?

– Nie wiem. Nie czytam gazet – prychnął lekceważąco jej partner. – Oni i tak będą musieli komuś klaskać, poza tym zobacz, tańczą sami sobie, a nawet muzyki nie ma. Bydło.

– Tylko nie bydło! – zaprotestował starszy mężczyzna.

– O, a jak by ich pan określił?

– Naród Piastowski!

– Przedmurze – dodała jego partnerka.

– Hołota, nie Przedmurze.

– Sam jesteś hołota! – zaprotestował mężczyzna od Narodu Piastowskiego.

– A ty łobuz.

– A ty szmata.

– A ty cham.

– A ty pijak.

– A ty kurew.

– A ty zdrajca i pachołek Michnika…



Pląs wygasa, orkiestra cichnie. Jeszcze tylko cymbalista brzdąka nieposłuszny dyrygentowi. Znużona spektaklem publiczność rozchodzi się do swoich codziennych małych problemów, podjeżdża ciąg limuzyn, w których pojedynczo i parami znikają za ciemnymi szybami uczestnicy spektaklu. Niektóre osoby z widowni wchodzą nieśmiało na pobojowisko i próbują naśladować tancerzy, wzbijając tylko kurz i odór stęchlizny.

I tak co rok, tak co tydzień skaczą sobie w skocznym tańcu, raz po trupach, raz po żywych; raz po zawalonym dachu, raz po plecach pielęgniarek. Zapraszają na kolejny. Gdzie i kiedy? Któż to zgadnie?



Warszawa, kwiecień 2014.
Trwa ładowanie komentarzy...