O autorze
Od lat słyszę, że fantastyka jest o człowieku współczesnym, o jego problemach i stojących przed nim wyzwaniach. Groza chyba nawet bardziej. A bizarro to już w ogóle. O człowieku współczesnym z punktu widzenia grozaika.

Orwell w głowie

W zeszłym roku Rafał Kosik opublikował na blogu felieton, w którym poruszył temat interesujący i ważny z punktu widzenia pisarza, ale też publicysty i dowolnej innej osoby operującej wyrazami. Czyli każdej. Do nich pozwolę sobie dodać również tych, którzy operują innymi sposobami kodowania, np. grafików i muzyków.

W swoim felietonie Rafał Kosik porównał autocenzurę, rozumianą jako poprawność polityczną, do orwellowskiej myślozbrodni. Pociąga ona za sobą istotne w dłuższej perspektywie skutki: ponieważ nie chcemy kogoś urazić lub wyjść na osoby niepoprawne politycznie, wsteczne lub przynajmniej kontrowersyjne, pewnych sformułowań unikamy. Nie można tych wyrażeń zastąpić synonimami, ponieważ zjawisko przez nie opisywane ma już jakiś ładunek emocjonalny, który z czasem również to słowo "skazi", ale też dlatego, że nie zawsze synonim obejmuje ten sam desygnat. Zniknęło z kart choroby określenie "kretynizm", a w USA pojawi się nowe (poprawione?) wydanie utworów Twaina z synonimami słowa "nigger". Tych określeń nie ma, bo stały się pejoratywne, jak za jakiś czas pejoratywne będą ich synonimy. A skoro ich nie ma w komunikacji zewnętrznej, bo weszły w sferę tabu, to za chwilę przestają obowiązywać w komunikacji wewnętrznej ("I-language" Chomsky'ego). Zaczynają przesuwać się w wewnętrzną sferę tabu, czyli w obszar tematów, o których nie wypada myśleć, więc o nich nie myślimy.

To jak formułować myśli, wyrażać myśli i opisywać rzeczywistość, skoro nie mamy odpowiednio precyzyjnego aparatu pojęciowego, bo sami go sobie ograniczamy?
Kosik w swoim felietonie podał ciekawy przykład:

Jak politycznie poprawnie nazwać Afroamerykanina, który od urodzenia mieszka w Paryżu? Przecież ani to Amerykanin, ani z Afryki. Nazwiesz go Murzynem – rasizm, czarnym – tym bardziej. Z braku odpowiedniego słowa musisz go nazwać… Francuzem. I będzie to prawda, ale przecież nie to chciałeś powiedzieć. Ze słownika zniknęło kilka słów na określenie „Francuza, którego przodkowie prawdopodobnie nie urodzili się w Europie”, a w miejsce tej luki nie pojawiło się nic nowego. I nie stało się to przypadkiem.

To dosyć istotna kwestia z punktu widzenia diagnozowania rzeczywistości. Brak odpowiednio precyzyjnego aparatu pojęciowego powoduje, że nie jesteśmy w stanie opisać wielu problemów, a to właśnie zjawiska społeczne, kulturowe i etyczne są często rozmywane przez poprawność polityczną.


Objawy autocenzury są najbardziej widoczne w mediach i w administracji publicznej. To właśnie media i politycy najbardziej uważają na to, czego nie wypada powiedzieć/napisać. Ba, ile "afer" w mediach opiera się na tym, że polityk powiedział coś, czego nie wypada mówić (myśleć)! Pół biedy, jeżeli ograniczają (rozmywają) przekaz stosując politpoprawny aparat pojęciowy. Gorzej, że w pewnym momencie "w ten sposób" nie wypada pisać zastępuje "o tym" nie wypada pisać.

Nieopisywalne zjawisko znika z debaty publicznej, jest ignorowane, niemożliwe do zdiagnozowania, a zatem nierozwiązywalne. Nie ma problemu gett, bo nie wypada o tym mówić. Nie ma problemu zderzenia kultur, bo nie wypada o tym mówić. Nie ma problemu Palestyny, bo jw., choć w tym ostatnim przypadku na razie nie wypada pozwalać na komentarze pod artykułem.

A czemu zacząłem od Rafała Kosika? Otóż jest on autorem książek fantastycznych, któremu (m.in.) jakiś czas temu oberwało się od Michała R. Wiśniewskiego za przemycanie ideologii ukrytej (w pułapce) metafor. Skrytykowany w tym samym tekście Zanussi nie zrobił (na razie) filmu o tym, że feministki lesbijki robią sobie aborcję dla zabawy, kolekcjonując wyskrobane płody jak biżuterię; nie wpadł na pomysł pokazania feministycznej dystopii przypominającej NRD (bo feminizm = lewica = komunizm, to przecież logiczne); nie pokazał, do czego prowadzi szaleństwo parytetów - otóż ludzie, aby zdobyć przywileje i władzę, specjalnie się okaleczają i udają homoseksualistów.

Czytałem już podobne teksty polskich autorów (Zimniak, Stonawski), więc to nic nowego. I bardzo sobie te opowiadania cenię właśnie za doprowadzenie określonych fenomenów do absurdu. Tak samo cenię wszystkie dystopie i antyutopie; wszystkie opowiadania, powieści, filmy i seriale, których autorzy przy pomocy mniej lub bardziej wyszukanych metafor szydzą z pewnych zjawisk i diagnozują pewne problemy. Skoro nie robią tego media i politycy, to ktoś musi.

Wczoraj europejska politpoprawność dostała po twarzy. Otrzeźwieni dziennikarze nagle odkryli, że istnieje coś takiego, jak satyra. Odkryli też (o zgrozo!), że satyra nie może być politpoprawna i że musi kogoś ugodzić, żeby była skuteczna, tzn. śmieszna lub gorzka, czyli żeby wywołała jakąś reakcję. Atak na "Charlie Hebdo" jest właśnie reakcją, ale nie na samą satyrę, a właśnie na poprawność polityczną! Cała złość za rysunki skupiła się na jednym medium, bo istniało tylko jedno takie medium, jak wcześniej był tylko "Jyllands - Posten"! Nikt inny tak nie rysował i nie pisał, bo nie wypadało. Nie poruszamy tego tematu, więc nie istnieje.

Aż problem zaistniał i to na "jedynkach" wszystkich dzienników. Wyszedł ze sfery myślozbrodni, ze sfery tabu. Gratulacje. Czas na inne zjawiska. Lubię mieć świat dobrze opisany.
Trwa ładowanie komentarzy...