To jak formułować myśli, wyrażać myśli i opisywać rzeczywistość, skoro nie mamy odpowiednio precyzyjnego aparatu pojęciowego, bo sami go sobie ograniczamy?
Kosik w swoim felietonie podał ciekawy przykład:
Jak politycznie poprawnie nazwać Afroamerykanina, który od urodzenia mieszka w Paryżu? Przecież ani to Amerykanin, ani z Afryki. Nazwiesz go Murzynem – rasizm, czarnym – tym bardziej. Z braku odpowiedniego słowa musisz go nazwać… Francuzem. I będzie to prawda, ale przecież nie to chciałeś powiedzieć. Ze słownika zniknęło kilka słów na określenie „Francuza, którego przodkowie prawdopodobnie nie urodzili się w Europie”, a w miejsce tej luki nie pojawiło się nic nowego. I nie stało się to przypadkiem.
To dosyć istotna kwestia z punktu widzenia diagnozowania rzeczywistości. Brak odpowiednio precyzyjnego aparatu pojęciowego powoduje, że nie jesteśmy w stanie opisać wielu problemów, a to właśnie zjawiska społeczne, kulturowe i etyczne są często rozmywane przez poprawność polityczną.
Objawy autocenzury są najbardziej widoczne w mediach i w administracji publicznej. To właśnie media i politycy najbardziej uważają na to, czego nie wypada powiedzieć/napisać. Ba, ile "afer" w mediach opiera się na tym, że polityk powiedział coś, czego nie wypada mówić (myśleć)! Pół biedy, jeżeli ograniczają (rozmywają) przekaz stosując politpoprawny aparat pojęciowy. Gorzej, że w pewnym momencie "w ten sposób" nie wypada pisać zastępuje "o tym" nie wypada pisać.
Nieopisywalne zjawisko znika z debaty publicznej, jest ignorowane, niemożliwe do zdiagnozowania, a zatem nierozwiązywalne. Nie ma problemu gett, bo nie wypada o tym mówić. Nie ma problemu zderzenia kultur, bo nie wypada o tym mówić. Nie ma problemu Palestyny, bo jw., choć w tym ostatnim przypadku na razie nie wypada pozwalać na komentarze pod artykułem.
A czemu zacząłem od Rafała Kosika? Otóż jest on autorem książek fantastycznych, któremu (m.in.) jakiś czas temu oberwało się od Michała R. Wiśniewskiego za przemycanie ideologii ukrytej (w pułapce) metafor. Skrytykowany w tym samym tekście Zanussi nie zrobił (na razie) filmu o tym, że feministki lesbijki robią sobie aborcję dla zabawy, kolekcjonując wyskrobane płody jak biżuterię; nie wpadł na pomysł pokazania feministycznej dystopii przypominającej NRD (bo feminizm = lewica = komunizm, to przecież logiczne); nie pokazał, do czego prowadzi szaleństwo parytetów - otóż ludzie, aby zdobyć przywileje i władzę, specjalnie się okaleczają i udają homoseksualistów.
Czytałem już podobne teksty polskich autorów (Zimniak, Stonawski), więc to nic nowego. I bardzo sobie te opowiadania cenię właśnie za doprowadzenie określonych fenomenów do absurdu. Tak samo cenię wszystkie dystopie i antyutopie; wszystkie opowiadania, powieści, filmy i seriale, których autorzy przy pomocy mniej lub bardziej wyszukanych metafor szydzą z pewnych zjawisk i diagnozują pewne problemy. Skoro nie robią tego media i politycy, to ktoś musi.
Wczoraj europejska politpoprawność dostała po twarzy. Otrzeźwieni dziennikarze nagle odkryli, że istnieje coś takiego, jak satyra. Odkryli też (o zgrozo!), że satyra nie może być politpoprawna i że musi kogoś ugodzić, żeby była skuteczna, tzn. śmieszna lub gorzka, czyli żeby wywołała jakąś reakcję. Atak na "Charlie Hebdo" jest właśnie reakcją, ale nie na samą satyrę, a właśnie na poprawność polityczną! Cała złość za rysunki skupiła się na jednym medium, bo istniało tylko jedno takie medium, jak wcześniej był tylko "Jyllands - Posten"! Nikt inny tak nie rysował i nie pisał, bo nie wypadało. Nie poruszamy tego tematu, więc nie istnieje.
Aż problem zaistniał i to na "jedynkach" wszystkich dzienników. Wyszedł ze sfery myślozbrodni, ze sfery tabu. Gratulacje. Czas na inne zjawiska. Lubię mieć świat dobrze opisany.
